kiedy w lubieżnym mi zwisa przez ramię przegięciu,
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie
bo rozdzielność monitora tracę bezwiednie.
Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,
gdy głośnika wysiada moc drżącemi,
gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem
i oddaje się za kredyty cała z mdlejącym uśmiechem.
I lubię ten wstyd, co się Marice C zabrania
przyznać, że czuje rozkosz, że moc trzepania
zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,
gdy szuka xes, a lęka się słów i potępienia.
Lubię to - i tę onany lubię, gdy koło mnie
ręka wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,
a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata
w nieskończone przestrzenie internetowego świata


